Zbiorówka na gęgawy

Raport gęsiowy 2017.04
5 maja 2017
Myśliwi dla łabędzia
1 sierpnia 2017

Zbiorówka na gęgawy

Polski Związek Łowiecki i Fundacja Ochrony Głuszca od pięciu lat finansują projekt badawczy, dzięki któremu poznajemy tajemnice gęgawy. Grupa myśliwych, leśników, ornitologów oraz pasjonatów zaobrączkowała 430 gęsi. Zdobyte doświadczenia procentują i przynoszą niesamowite efekty.

W cyklu rocznym naszej rodzimej gęgawy jest jeden szczególny okres, na który czekam z wyjątkową niecierpliwością. Jest to czas, w którym ptaki te przystę­pują do pierzenia, w trakcie którego wymieniają jednocześnie pióra w skrzy­dłach umożliwiające im latanie. Z tego powodu na około 4 tygodnie stają się nielotami.

W rozmowach z laikami, którzy ewentualnie gdzieś, coś słyszeli o łapa­niu i obrączkowaniu gęsi, zazwyczaj w tym miejscu pojawia się pytanie: „Czyli jak nie latają, to można je łatwo chwycić?”. I wtedy robię coś, czego zazwyczaj robić nie lubię – odpowiadam pytaniem na pytanie: „Skoro nie latają i łatwo mogą być chwycone przez czło­wieka, a tym łatwiej przez drapieżnika, to jak w toku ewolucji gatunek ten dotrwał do naszych czasów?!”. I w tym momencie na twarzy rozmówcy poja­wia się grymas zakłopotania.

Gęgawy pierzą się od połowy maja do końca czerwca, jest to czas, kiedy ist­nieje możliwość ich złapania i zaobrącz­kownia. To początek historii większości „moich ptaków”, które możemy potem śledzić nawet latami, tak długo, aż ptak nie zginie lub nie zgubi plastikowej obrączki. Ale zacznijmy od początku…

Na pierzowisku

Gęgawy są ptakami socjalnymi i w ciągu roku żyją w mniejszych lub większych grupach, gdzie ich liczebność może dochodzić nawet do kilku tysięcy osobników. Takie koncentracje pta­ków nie zdarzają się wyłącznie w cza­sie migracji czy zimowania, ale także w czasie pierzenia. Ptaki dorosłe, doj­rzałe płciowo, którym udało się wypro­wadzić młode, pierzą się w miejscu lęgu. Z kolei dwu- i trzyletnia młodzież oraz pary, którym nie udało się w danym sezonie dochować piskląt lub takie, które z jakichś względów w ogóle nie przystąpiły do lęgów, lecą na zbiorowe pierzowiska. Niestety, o takich miej­scach w Polsce na razie wiemy niewiele.

Największe pierzowisko tego gatunku w naszym kraju znajduje się w Parku Narodowym Ujście Warty. Ale najlepiej poznanym tego typu miejscem w Pol­sce są Stawy Kiszkowskie. Od 2012 roku regularnie prowadzone są tam odłowy ptaków w celach naukowych, dzięki czemu systematycznie podnosi się poziom wiedzy o gęgawie.

Gęgawy na pierzowiska wybie­rają specyficzne miejsca, które muszą spełniać dwa podstawowe warunki. Po pierwsze musi być tam odpowiednia baza pokarmowa. Są to ptaki roślino­żerne, żywiące się zarówno roślinami podwodnymi, jak i wynurzonymi, a ich czas pierzenia zbiega się ze wzrostem trzciny, która w początkowej fazie roz­woju jest ich przysmakiem. Drugim równie ważnym elementem jest osłona przed drapieżnikami, którą najczęściej stanowią zwarte, gęste zarośla wierz­bowe. Gęgawy w trakcie wymiany upie­rzenia prowadzą bardzo skryty tryb życia i często nie widzimy samych ptaków przebywających w danych miejscach. Jeśli natkniemy się na nie z zaskoczenia, ptaki szybko „kładą się” na wodę i zni­kają w zaroślach. W takiej przyczajonej pozycji czasami trudno nawet określić, czy faktycznie była to gęgawa.

Zbiórka na „łowy”…

Najłatwiej i najszybciej obecność gęsi można stwierdzić po głosie. Charakte­rystyczne gęganie woda niesie nawet kilkaset metrów. Sam głos niekoniecznie jest potwierdzeniem pierzowiska. Bar­dziej dociekliwi powinni założyć wyso­kie gumowe spodniobuty i zanurzyć się w niedostępnym terenie. Wchodząc w zarośla wierzbowe lub ich najbliższe otoczenie, nie ma co liczyć, że uda się nam zobaczyć ptaki. Jak już wspomnia­łem, są one bardzo czujne, a hałas czło­wieka brodzącego w wodzie powoduje, że bezszelestnie oddalają się od nas. W takim miejscu pierwszą rzeczą, która rzuci się nam w oczy, będą ślady żero­wania. Praktycznie wszystkie wystające rośliny będą przycięte od poziomu lustra wody do kilkunastu centymetrów z cha­rakterystycznymi poszarpanymi i zasy­chającymi końcówkami. Na wypłyce­niach widoczne będą odchody oraz pióra. O tym, że ptaki są już nielotne, będą świadczyły leżące lotki pierwszego i drugiego rzędu.

Łapanie pierzących się gęgaw w Kisz­kowie przypomina do złudzenia… polowanie zbiorowe. A żeby było sku­teczne, musi być szczegółowo przemyślane, dobrze zorganizowane i sprawnie przeprowadzone…

Niedziela, 4 czerwca, godzina 5 rano. Zbiórka na stawach, lekka mżawka nie studzi zapału ani nie psuje nastroju. Za dwie godziny ma przestać wiać – akurat wtedy, kiedy skończymy rozsta­wiać sieć. W łapaniu to oczywiście nie przeszkadza, bo wszyscy i tak będą cali mokrzy, ale utrudni zapisywanie danych oraz wydłuży czas sklejania obrączek. O dokładnym terminie zbiórki wszyscy zostali powiadomieni dużo wcześniej – dzień i miejsce akcji znane są już od lat. Termin zawsze przypada na pierwszy weekend czerwca, kiedy to następuje szczyt pierzenia i najwięcej ptaków jest nielotnych.

Część ekipy łapiącej przyjechała już dzień wcześniej i spędziła noc przy ognisku, część dotarła rano. Był to mały tygiel przyrodniczo-kulturowy, w którym znaleźli się myśliwi, ornito­lodzy, leśnicy, weterynarze, ochronia­rze środowiska, psycholodzy, filolodzy, ogrodnicy, przyrodnicy, fotograficy i generalnie osoby lubiące spędzać czas na łonie przyrody. Niektórych trudno byłoby przypisać do konkretnej grupy z racji zainteresowań i profesji. Wśród nich byli weterani gęsiowych akcji, którzy (i to dosłownie!) posmakowali błota w niejednym stawie, oraz tacy, którzy pierwszy raz chcieli zapoznać się z przebiegiem takiej akcji, poczuć chłód wody, zapach błota i na własnej skó­rze doświadczyć tego, jak mocno może dziobnąć lub podrapać gęgawa.

Gęsią w płot

W gotowości bojowej było blisko dwadzieścia osób, ale na początek potrzebnych było… tylko 6. To ich zadaniem było rozstawienie tzw. płotu, czyli specjalnej sieci, w którą zaganiane będą ptaki. Są to trzy 100-metrowe sieci oraz kilkadziesiąt stalowych prę­tów o łącznej masie ponad 60 kg. Miejsce rozstawiania oczywiście nie mogło być przypadkowe. Mimo że akcja przeprowadzana była w nie­dzielę, to pierzowisko było kontro­lowane już od tygodnia. Po 5 latach akcji mamy już doświadczenie, gdzie najlepiej łapać, jednak każdy rok jest inny. Jednym z głównych czynników wyboru miejsca jest poziom wody. Aby akcja była skuteczna, sieć musi być wzniesiona minimum 80 cm nad lustro wody. W innej sytuacji napierające gęsi mogą nagiąć sobie sieć głowami i łatwo przedostać się na drugą stronę.

W 2013 roku mieliśmy taką sytu­ację – w opisany wcześniej sposób około 30 ptaków oswobodziło się z pułapki, pokazując nam… „ste­rówki”. Osiągnięty wówczas wynik sezonu był najsłabszy w historii. Ponadto sieć nie może stać w zbyt głę­bokiej wodzie: optymalnie do kolan, maksymalnie do połowy uda. Im jest głębiej, tym trudniej i wolniej się biega, a gęsi wykorzystają tę sła­bość w sposób perfekcyjny. Do tego w głębszej wodzie ptaki te dużo lepiej nurkują i dosłownie znikają z oczu, a przepłynąć pod wodą mogą nawet 40 metrów!

Płot rozstawiamy od środka – od sieci, w której znajduje się matnia, czyli zwę­żenie podobne do rękawa. Od matni rozstawiamy skrzydła i dla zapewnienia sprawności przebiegu akcji dzielimy się na 3-osobowe zespoły. Pierwsza osoba wbija pręty co kilka metrów, druga roz­wiesza na nich sieć, a trzecia mocuje sieć do prętów i ją napina. Wszytko robione jest po cichu i bez zbędnego hałasu, a rozstawiający rozumieją się prak­tycznie bez słów. W drodze powrotnej sprawdzamy jeszcze raz naprężenie sieci i w miejscach, gdzie nie dolega dobrze do ziemi, dodatkowo ją mocujemy, ponieważ sprytne gęgawy mogą przecho­dzić także pod siatką. Sieć ustawiana jest praktycznie zawsze w kształcie litery „V”, a długość skrzydeł zależy od potrzeby i ukształtowania terenu. Bardzo istotną rzeczą jest to, aby kąt rozwarcia nie był za szeroki i dostosowany do liczby naga­niających osób.

Po rozstawieniu „płotu” wracamy do reszty ekipy, która z niecierpliwością wyczekuje naszego powrotu. I wtedy następuje odprawa. Z racji tego, że pra­wie za każdym razem w akcji biorą udział nowe osoby, od początku tłu­maczę, po co i w jaki sposób to robimy. Na pierwszym miejscu zawsze jest bez­pieczeństwo ludzi i ptaków, a stosując parę prostych zasad, można osiągnąć obie rzeczy jednocześnie. Po chwyceniu gęsi trzymamy ją za oba wiosła i skrzy­dła – tak, aby miała skrępowane ruchy. Musi to być zrobione w sposób wywa­żony. Jeśli ptak poczuje odrobinę luzu, będzie starał się wyszarpnąć, będzie bił skrzydłami i nogami. W takiej sytuacji może nas naprawdę mocno podra­pać, a przy okazji istnieje możliwość, że uszkodzi sobie skrzydło.

Naganka rusza

Kolejną ważną sprawą jest poru­szanie się naganki. Teren, po którym brodzimy, stanowią bardzo gęste zarośla wierzbowe, w których widoczność miej­scami ogranicza się zaledwie do 4–5 m. Naganiający muszą iść w jednej linii, bo każda większa przestrzeń między ludźmi będzie miejscem wymykania się ptaków.

Po odprawie linia naganki została rozstawiona na około 400 metrach. Na flankach stali Adam i Hubert, ich zadaniem było iść tak, aby dojść do skrzydeł sieci, a reszta musiała trzymać szyk do wewnątrz. Gdy wszyscy byli gotowi, ruszyliśmy na pierwsze pędzenie. Pierwsze 100 metrów to wspomniana już wcześniej gęstwina, ale bardzo płytka. Przedzie­raniu się przez krzaki zaczęły towarzy­szyć przemieszany zapach błota oraz mięty i pierwsze komary. Przez środek naszego pędzenia biegł głęboki rów, w którym zanurzyliśmy się do pasa. Było to dobre miejsce do wyrów­nania szyku i nawiązania kontaktu wzrokowego z sąsiadami. Do skrzy­deł sieci pozostało około 150 metrów. Do tej pory była widziana tylko jedna gęgawa, co u niektórych wzbudziło niepokój.

Przed nami pozostał ostatni odci­nek, nazywany w naszej gwarze „man­growcami”. Są to zarośla wierzby szarej, gdzie jest około 70 cm wody, a ich konary są tak gęste i poskręcane, że do złudzenia przypominają porasta­jące brzegi tropikalnych oceanów zaro­śla mangrowe. I właśnie tutaj zaczynają pojawiać się pierwsze gęgawy. Część ptaków umyka przed nami w kierunku sieci, ale drugie tyle pozostaje przy­czajone na wodzie i obserwuje nas, pozwalając się podejść na 4–5 metrów.

Od tego momentu zaczyna wychodzić doświadczenie i zimna krew naganiają­cych. Ci, którym tego zabrakło, ruszają szybciej do przodu i rozrywają linię, ptaki, które wpływają między ludzi, nabierają rozpędu i błyskawicznie prze­mykają między bezradnymi nagania­czami mozolnie przedzierającymi się wśród wierzb.

Ptaki, które zdecydowały się uciekać po wodzie, z reguły z nami wygrywają, ale te, które zdecydowały się zanurko­wać – już nie. Gęgawy świetnie nur­kują, ale pod wodą płyną znacznie wolniej. Te, które zdecydowały się nas przechytrzyć, płyną dosłownie między naszym nogami. Wystarczy włożyć ręce do wody i wyciągnąć gęś na powierzch­nię. Tym sposobem zaczynamy chwy­tać pierwsze ptaki. Po kilku minutach zamieszania linia się prostuje, rusza dalej i dociera do skrzydeł sieci. W tym momencie wydaje się, że ptaki nie mają już gdzie uciekać – są w trójkącie, któ­rego dwa boki stanowi sieć, a trzecim jest naganka. Nic bardziej mylnego! O ile dobrze rozstawiony płot jest poważną barierą, o tyle naganka już nie. Gęsi, które dotarły do sieci i nie spły­nęły po niej do matni, wracają, wiedząc, że z tamtej strony droga ucieczki jest odcięta i (dosłownie!) jak dziki szarżują linię naganki, robiąc to w dużej mierze skutecznie. Inne ptaki zaszywają się w kępach wierzb tak gęstych, że trzeba do nich wchodzić na czworaka…

Rekord za rekordem

Liczba złapanych ptaków zwiększa się systematycznie, ale wbrew pozo­rom nie jest to dobry znak. Każdy, kto ma już jedną lub dwie gęsi w rękach, jest praktycznie wyłączony z naganki i zaczyna być statystą na linii, a pozo­stałe ptaki omijają go bez najmniejszego problemu. Zapada decyzja, że wszyscy z ptakami wycofują się na brzeg i wkła­dają ptaki do specjalnych worków, a potem wracają na linię, gdzie pozo­stało jeszcze kilka ptaków do złapa­nia oraz do wyciągania ich z matni. Tu praca idzie już bardzo sprawnie, a wynik pędzenia przechodzi nasze naj­śmielsze oczekiwania. Za jednym razem chwyciliśmy 39 gęgaw! Jest to wynik wybitny, bo dla przypomnienia podam, że w całym sezonie w 2013 roku udało się chwycić zaledwie 33 osobniki. Radość wielka, ale ilość pracy przed nami jeszcze większa.

Żeby obrączkowanie sprawnie szło, robimy podział obowiązków. Na sta­nowisko notującego tradycyjnie został powołany Michał, stażysta z sąsied­niego Koła Łowieckiego „Wataha” z Czerniejewa. Hubert zakładał kolo­rowe obroże na szyje, ja zakładałem obrączki metalowe oraz określałem wiek i płeć, a Karol ważył wszyst­kie ptaki. Reszta ekipy podchodziła do worków, z których ptaki wyda­wał Adam, i ustawiała się w kolejce do wszystkich wymienionych czynno­ści. Po „rytuale” obrączkowania ptak był obfotografowany przez Rafała i wypuszczany po drugiej stronie sieci, żeby nie trafić do niej ponownie.

Wśród chwyconych ptaków domi­nowały osobniki dorosłe po dru­gim kalendarzowym roku życia, czyli takie, które miały skończone co naj­mniej dwa lata. Ich wiek określany był na podstawie białego paznokcia na końcu dzioba oraz ciemnych plam upierzenia na brzuchu. Największą nie­spodzianką w tej grupie był ptak, który trafił w ręce Kingi, stażystki z kiszkow­skiego „Sokoła”, który miał już meta­lową obrączkę. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, była taka, że być może jest to jeden z „naszych ptaków”, który zgubił kolorową obrożę, albo że jest to ptak, który przybył na kisz­kowskie pierzowisko z innego rejonu Polski.

Dzięki Internetowi w telefonie udało się rozwiązać tę zagadkę niemal natych­miast. Jak się okazało, był to ptak zaobrączkowany jako pisklę w 2014 roku, dokładnie w tym samym miej­scu, gdzie został dziś chwycony. Ptak ten był wówczas za mały na obrożę i otrzymał tylko metalową obrączkę. Mieliśmy go w rękach po raz drugi. Tym razem jako dorosłą samicę, która otrzymała kolorową obrożę o nume­rze P300. Ponadto udało się chwycić 3 ptaki dwuletnie, które miały jeszcze czarne paznokcie na dziobie i całko­wicie jasne brzuchy, oraz 2 pisklęta, które praktycznie osiągnęły już wiel­kość dorosłych ptaków. Poza rekordem w liczbie w pędzeniu tym padł również rekord masy – waga jednego z gąsiorów pokazała wynik 4,2 kg.

Drugi miot

Po uporaniu się z pierwszym rzutem gęsi zdecydowaliśmy się na jeszcze jedno pędzenie w tym samym miejscu. Liczba ptaków, która przełamała linię naganki, była na tyle duża, że drugi miot zapowia­dał się nie mniej ekscytująco od pierw­szego. Tym razem poszło już bardzo sprawnie i wszyscy wiedzieli dokładnie, co mają robić i jak iść. I znów sytuacja przeszła nasze oczekiwania. W miocie znalazło się kilkadziesiąt gęsi – wśród nich także ptaki zaobrączkowane przed chwilą. Wynik końcowy… kolejne 34 gęgawy w naszych rękach!

W tym pędzeniu były także kolejne ciekawostki. Udało się schwytać 4 ptaki obrączkowane we wcześniejszych latach. Po raz drugi wpadła w nasze ręce samica P016 obrączkowana jako doro­sły ptak także w tym samym miejscu podczas pierwszej akcji obrączkowa­nia w 2012 roku. Razem z nią do matni trafiła gęś P031, także z 2012 roku, ale ona (bo to również samica) była wów­czas pisklęciem, a samicę P055 znaliśmy z obrączkowań w 2013 roku. Męskiego honoru w gronie tak zwanych retrapów (czyli w żargonie obrączkarskim ptaków chwyconych ponownie) bronił gąsior P128, znany nam od 2014 roku.

W drugiej grupie zaobrączkowanych ptaków – oprócz tradycyjnych obroży – dwa ptaki zostały wyposażone w nadaj­niki GPS. Jeden dostała co najmniej dwuletnia samica, a drugi otrzymał roczny ptak, czyli osobnik w drugim kalendarzowym roku życia. Były to dwa pierwsze nadajniki założone w tym roku i oba po raz pierwszy na ptaki nielęgowe. Dzięki nim dokładnie się dowiemy, skąd ptaki przyleciały na pierzowisko i gdzie przystąpią do lęgów w kolejnych latach.

Uroczysty pokot

Podsumowując dzień nie posiadali­śmy się z radości i z dumy. Padł abso­lutny rekord. W sumie złapanych zostało 78 ptaków, z czego aż 73 dostały nowe obroże. Takiego wyniku nikt nie śmiałby sobie wymarzyć, był jak sen i gdyby ktoś wcześniej powiedział na głos tę nie­zwykłą liczbę, z pewnością zostałby wyśmiany i posądzony o to, że zbyt długo siedział wieczorem przy ognisku…

W całym tegorocznym sezonie zaob­rączkowanych zostało aż 158 gęgaw, założyliśmy 157 kolorowych obroży i 7 nowych nadajników satelitarnych GPS. Na ten sukces złożyło się wiele czynni­ków. Po pierwsze, doświadczenie, które jest zbierane w tym miejscu od kilku lat i które teraz zaczyna procentować. Po drugie, w tym roku były idealne warunki środowiskowe dla pierzących się gęsi, które spowodowały, że ptaki tak licznie zostały na stawach w Kiszko­wie. I po trzecie – i chyba najważniejsze – liczba ludzi, którzy bezinteresownie zaangażowali się w pomoc przy łapaniu.

Pozostaje podziękować wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do tego wyniku i wspierali to dzia­łanie, zwłaszcza myśliwym, którzy wspierają ten pionierski projekt swoimi darowiznami i swoim zaangażowaniem. Dzięki temu w tym roku uzyskamy kolejny materiał do prowadzenia dal­szych badań nad gęgawą, które przyno­szą już wymierne efekty i wyniki. Ten projekt jest niezwykły z jeszcze jednego powodu – stanowi niezbity dowód przeciw argumentom naszych przeciw­ników, mówiących, że myśliwych inte­resuje tylko polowanie. To oczywista nieprawda! Nasz projekt jest tego dosko­nałym przykładem.

Bartosz Krąkowski / fot. Rafał Łapiński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Pomóż nam poznawać i chronić niezwykły świat dzikich gęsi!
Czekamy na Twoją pomoc! Dla nas liczy się każdy grosz!
Przekaż nam 1% swojego podatku,
wpisując do zeznania PIT numer KRS 303057.
Pomóż nam poznawać i chronić niezwykły świat dzikich gęsi!
Czekamy na Twoją pomoc! Dla nas liczy się każdy grosz!
Wspieraj nas darowizną na rachunek:
47 1540 1157 2034 6608 0895 0001.